|
Temat: |
Re: Po kilku latach uprawa w orchidariach załamuje się... |
|
Autor: |
Małgorzata Lempert |
|
E-mail: |
golem19@o2.pl |
|
Data: |
środa, 15 sierpnia 2007 09:28:53 |
Witam Państwa!
Gdzież mnie do Waszych doświadczeń - ledwie 3 lata i z 50 okazów. Zaczęło się w zeszłym roku - jakieś grzybowe świństwa, błyskawicznie niwelujące młode przyrosty u wielu okazów - chyba fytoftoroza. Nie mając wiele do stracenia przystąpiłam do działania - środki typu wyciągi z czosnku, biosept - miedzy bajki włożyć. Sprawdzają się tylko w punktowych, małych ogniskach, ale i tak o niebo lepsze jest amputowanie chorego liścia/liści. Więc zabrałam się za środki "atomowe" - chemia i to czasem bardziej stężona niż zalecana. Co mi tam - zdechlak już na krawędzi życia więc ja go po kolei asortymentem półek sklepów ogrodniczych. Niektóre i tak dokonały żywota, ale część przeżyła. Moim zdaniem najlepszym okazem do przetrwania zmasowanej chemii są hybrydy katlejastych. Zostały pozbawione wszystkich młodych przyrostów, wypuszczały uparcie kolejne, które znów zabijał grzyb. Skutek taki że mają się dobrze, ale 1,5 roku stały bez przyrastania, śpiące oczka były wytrzebione. Pojawiają się dziś nowe, małe i rachityczne, wydobyte przez rośliny ostatkiem sił jakieś "resztkowe" znajdy oczek.
Jednak to nie koniec. Wiosną przypałętało się inne paskudztwo. Nie zabija szybko - drobne odbarwione na żółto kropeczki, gęsto usiane, słabo widoczne. Rozwiją się b. długo i degraduje roślinę powolnie. Chyba wirus. Żadna chemia nie działa.
A do czego zmierzam? Wbrew niektórym opiniom storczyki są chyba bardziej wrażliwe na patogeny niż na chemię. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich środków jakie stosowałam i w jakich ilościach. Niektóre okazy "stoją" inne odrastają, inne mają plamki ale żaden nie zszedł z powodu poparzenia, spalenia. Raczej były to konsekwencje chorób.
Jak na dziś to najlepszym sposobem to usuwanie zawczasu pojedynczych liści ze zmianami. Dużo okazów wygląda komicznie - przypominają egzotyczne papugi, które z powodów "psychicznych" pozbawiają się większości piór żyjąc w niewoli.
Ale uparcie rosną i nawet kwitną. Np. takie dend. farmerii - amputowałam mu 3/4 liści a ono uparcie kwitnie.
Moim zdaniem chemia prewencyjna w uprawie papapetowo - szklarniowo - orchidaryjnej (tym bardziej) gdzie jest "ciasno" i "duszno" jest konieczna. Co innego jak ktoś ma kilka, kilkanaście podstawowych hybryd, luźno poustawianych po parapetach/półkach. Ryzyko rozprzestrzeniania chorób jest zdecydowanie mniejsze. Samo podlewanie poprzez moczenie kolejno storczyków w tym samym naczyniu jest bardzo ryzykowne zwłaszcza pod kątem ryzyka rozprzestrzenienia fytoftorozy, która zdaje się jest przenoszona "odkorzeniowo".
Pozdrawiam sedecznie. |
|
|
|
|