|
Temat: |
Re: Po kilku latach uprawa w orchidariach załamuje się... |
|
Autor: |
Halina Roszkowska |
|
E-mail: |
halina.roszkowska@paphiopedilum.pl |
|
Data: |
piątek, 10 sierpnia 2007 12:17:10 |
Ewo,
ja o chemii napisałam chcąc tylko zwrócić uwagę, że ta rodzina roślin jest być może jednak bardziej wrażliwa na sztuczne warunki, które się im tworzy w naszym klimacie.
Ludzie mają w domach często kilkudziesięcioletnie draceny, fikusy itd. i choroby nie są głównym tematem ich rozmów. Moja 40-letnia "barbórka" cierpi wyłącznie, gdy przez kilka tygodni zapomni się o podlewaniu, ale jest nie do zamordowania. (A zwolniłby mi się cały jeden parapet ).
A uprawiać orchidee przestrzegając kalendarza oprysków, kuracje antybiotykowe, cudowne środki stymulujące, to po prostu absurd.
Jeszcze jedna może być przyczyna. Nikt z nas nie może się powstrzymać i co roku uzupełnia kolekcję dziesiątkami (skromnie licząc) nowych nabytków. Mogą one być nosicielami Bóg wie czego i w optymalnych warunkach to "Bóg wie co" wcale nie musi się ujawniać. Jeśli jednak przechodzi na rośliny uprawiane już jakiś czas w naszych warunkach "wodno-świetlnych", to może doprowadzać do chorób.
Jeśli chodzi o orchidarium, to pamiętam wszystkie dyskusje o świetle, jakie widmo itd. Jedni byli zwolennikami starannego dobierania pod kątem roślin, inni pisali - nieważne jaka świetlówka, ważne, żeby świeciła i tak wszystko świetnie rośnie. To samo z wiatraczkami - jeden wystarczy, czy może więcej? A woda? Każdy ma swój wypróbowany system, który się w zasadzie sprawdza.
Wszyscy eksperymentujemy, a rośliny? Być może w krótszym okresie czasu to wytrzymują, a potem różnie bywa...
Pozdrawiam
Halina |
|
|
|
|